- Czy dałby kto wiarę że ślepy
„— Czy dałby kto wiarę, że ślepy człowiek tyle ma żółci w sobie! — mówi samobójca.
— Nie jestem ślepy, — protestuje Moss.
— Nie dojrzy pan, by czytać.
— Nie Moss wstaje i chce iść po gazetę na stole, aby zademonstrować swój wzrok, ale potyka się o krzesło i przewraca je.
Samobójca podnosi krzesło i mówi — Dla zaoszczędzenia umeblowania tu w pokoju proponuję, żeby się pan udał na podwórze.
Panna znów się wtrąca — Biedak, nie widział zapewnie krzesła!
— Tak, ale widzę dość, by czytać, utrzymuje Moss. — Co to za brednie!
— Patrzaj pan! — wykrzykuje samobójca, — zerwał pan sobie z palca tę okropną szmatkę. Oto tu leży. Nie, ależ usiądźże, człowieku, ja ją podniosę, pan wszak nie widzi. No, nałóż ją pan nazad na palec! Wszystko trza panu powiedzieć, jest pan jak to niemowlę, brzydzę się panem. I nosi się pan z tym palcem wiszącym u ręki, akurat jakby z swoją oblubienicą! Oderżnij go pan nożyczkami!
— Hahaha! — mówi Moss.
Wszystko razem wziąwszy zawiły snać był stosunek między nimi. Pasowali się, aby nie upaść na duchu, a rozwinęło to się jakby za obopólną zgodą, — jeden miał cierpienia duchowe, inny — chorobę na ciele, skórną chorobę, młodość obojga była zniweczona.
I jak oni umieli się kłócić! Samobójca wstydził tamtego z powodu jego wyglądu i poczyma od ubrania — Pańska marynarka stała się żółtą i czerwoną na plecach, i nie można powiedzieć, aby jeszcze była jenolitej barwy. Pańskim ostrym wzrokiem powinienbyś pan to zauważyć.“(8)
<<<< Doktor Gilbert ze wzniesienia
| Synowiec powitał stryja >>>>