- Może pani kupi-Malec
„— Może pani kupi
Malec usmarowany, ledwo mu oczy widać, pokazuje pełne wiaderko. Nawet gruby ten miał. Ale przyszłam, nie żeby kupić, bo za co Sama muszę wysiewać i usmolić się nie mniej od malca. Sprzeda sobie na bazarze. Dla takiego chłopczyny za daleko na bazar, ale może sprzeda na swoim podwórku Już znalazł się ktoś, kto kupuje na miejscu. Uradowany chłopaczek biegnie z pustym wiaderkiem do czarnej hałdy. Warszawskie, wojenne biedaszyby. Jeszcze nie zajrzeli tu Niemcy. Więc słychać tu i wyklinanie na nich, i gwizdanie piosenek najbardziej polskich. Słyszę, młody chłopak gwiżdże „Warszawiankę".
Wracamy do domu. Dłuży się droga. Tatuś ugina się pod ciężkim workiem. Omijam wzrokiem jego pochyloną sylwetkę. Patrzę w ziemię. Wydaje mi się, że idąc obok niego i Ziutki, dźwigam nie tylko węglowy miał, nie tylko te skrawki z polskich mundurów, lecz cały ponad nasze siły — ciężar wojny.
Obok rowu leży nadpalona belka. Próbujemy zabrać i to. Jesteśmy chciwe. Jesteśmy obłąkane z chciwości, gotowe jesteśmy zabrać wszystko, co nadaje się tylko do spalenia pod kuchnią. Wióry, liście, papę i kawałki smoły poprzylepiane do trawy. Belka jest za ciężka. Przyjdziemy po nią zaraz, gdy doniesiemy nasze worki. Czy będzie tu czekała na nas Wątpliwe. Ale przyjdziemy jeszcze raz i jeszcze raz. Jak wszyscy, którzy tu przychodzą. Po miał, po drewno, po ten wojenny opał, którego nie ma za co kupić, którego nie ma gdzie kupić. Węgiel i drewno nie tak prędko przywędruje do Warszawy. Poniszczone tory kolejowe, zniszczone wagony. Przed wojną tona węgla kosztowała trzydzieści złotych z dostawą do domu. A dziś Lepiej o tym nie myśleć.“(16)
<<<< - Uważa pan więc że niektóre
|